Prace od lewej: Helena Stiasny, Martyna Baranowicz, Helena Stiasny (x3)

NIE TAKIE CIAŁO
Helena Stiasny × Martyna Baranowicz
kurator: Mateusz Wszelaki
realizatorka: Vika Kolediuk
📍TrzyMaj
ul. 3 Maja 22/6, Lublin

Prace od lewej: Martyna Baranowicz, Helena Stiasny, Martyna Baranowicz

Prace od lewej: Martyna Baranowicz, Helena Stiasny

Prace od lewej: Helena Stiasny, Martyna Baranowicz, Martyna Baranowicz

Prace na papierze: Helena Stiasny

Prace od lewej: Helena Stiasny, Martyna Baranowicz

NIE TAKIE CIAŁO 
komentarz artystki
Helena Stiasny

Obraz kobiety jest być może najczęściej podejmowanym motywem w sztukach plastycznych od jakichś 30 tysięcy lat. Paleolityczne i neolityczne figurki Wenus eksplorowały wizualnie (a może i magicznie) kobiecą seksualność, która jednak wraz z postępem cywilizacji traciła na znaczeniu, a wraz z rozwojem religii monoteistycznych podlegała coraz większym represjom, nabierając charakteru czegoś wulgarnego, grzesznego, tabu. 
W latach 70. XX wieku francuska filozofka Luce Irigaray zastanawiała się nad charakterem kobiecej seksualności i kobiecego pożądania, tak stłamszonych przez patriarchalny porządek świata, że zdawać by się mogło niemożliwych do uchwycenia nawet z perspektywy kobiecego ciała. „Nie-płeć”, „brak”, „zanik”, „negatyw” – pisała Irigaray, wskazując na niemożność wyrażenia kobiecej seksualności w dyskursie skonstruowanym wokół męskiego podmiotu. Charakterystyczne w dawnym malarstwie jednoczesne obnażenie i wstydliwe skrycie kobiecej postaci symbolizowało dla niej strach, że nie ma czego oglądać. 
Choć wiele kobiet poszukiwało sposobu wyrażenia tego, co kobiece, niebędącego jednocześnie negacją tego, co męskie, to jeszcze u progu XXI wieku pełna anatomia łechtaczki pozostawała słabo obecna w powszechnej świadomości i edukacji.
Uznanie kobiecego ciała za równorzędne i równoprawne wobec ciała męskiego, traktowanego przez stulecia jako „wzorcowe”, wymagało wielu walk i wciąż bywa podważane.
Dziś jako kobiety i artystki przyglądamy się naszym ciałom – stylizowanym, idealizowanym i wtłaczanym w normy. Tym, co najmocniej wybrzmiewa dla mnie w tej wspólnej ekspozycji jest płodność, którą obarczone jest kobiece ciało. Równie błogosławiona, co destrukcyjna. Nasze ciała, niczym ciało Alicji w Krainie Czarów, rozdymają się i kurczą. Rosnące piersi, puchnący brzuch, rozchylone otwory. Ciało, które samo siebie atakuje skurczami miesiączkowymi. Ciało, które grozi ciążą. Ciało, które rodzi, ciało, które roni. Ciało cykliczne. Ciało nie na miejscu. Ciało jako pułapka, ciało jako zbrodnia. Ciało jako źródło rozkoszy i źródło cierpienia. Ciało jako powód do dumy i powód do wstydu.
To duża odpowiedzialność być człowiekiem, a co dopiero kobietą. Posiadać ciało o takiej mocy, a równocześnie tak bezsilne. 
W tej wystawie chcemy przyjrzeć się kobiecym ciałom poprzez seksualność, reprodukcję, podmiotowość i decyzyjność. W ciele symbolicznym zobaczyć osobę, a w osobie jej ciało.
NIE TAKIE CIAŁO
Mateusz Wszelaki

Zastanawiam się czasem, kiedy właściwie zaczyna się nasze ciało. Czy wtedy, kiedy się rodzimy, czy może trochę później, kiedy ktoś po raz pierwszy mówi nam, że jesteśmy ładni, że jesteśmy grubi albo za chudzi, że mamy ładne nogi, ale moglibyśmy popracować nad brzuchem. Ciało bardzo szybko przestaje być wyłącznie nasze, bo niemal od początku zostaje uwikłane w cudze oczekiwania i wyobrażenia. Ktoś mówi nam, że jesteśmy za delikatni jak na chłopaka albo zbyt głośne jak na dziewczynę, że powinniśmy schudnąć, przytyć, ogolić się, zapuścić włosy, mieć dzieci albo ich nie mieć, kochać jedną osobę albo kilka osób, wreszcie się ustatkować. Zanim zdążymy dobrze zorientować się, że ciało jest miejscem, w którym żyjemy, zaczynamy rozumieć je również jako coś, co podlega ocenie.
     Być może dlatego tak trudno powiedzieć, czym właściwie jest sprawczość. Samo słowo brzmi trochę jak doniosły termin społeczny, a nawet polityczny, tymczasem jego najbardziej podstawowe formy są przecież zupełnie banalne. Sprawczość może oznaczać decyzję, czy chcę dzisiaj wyjść z domu, czy chcę uprawiać seks, czy chcę mieć dziecko, czy chcę pokazać komuś swoje ciało, czy chcę, żeby mnie dotykano, czy chcę być z konkretną osobą, a nawet czy chcę jeszcze przez pięć minut leżeć w łóżku, mimo że od tygodni próbuję być kimś, kto dobrze organizuje swoje życie. Być może właśnie w takich drobnych decyzjach, które zwykle nie zasługują nawet na wielkie słowo d e c y z j a, zaczyna się coś, co później nazywamy wolnością. Z tego powodu interesuje mnie zestawienie prac Heleny Stiasny i Martyny Baranowicz, choć nie chciałbym sprowadzać ich spotkania do prostego stwierdzenia, że obie artystki zajmują się kobiecym ciałem. To oczywiście prawda, ale wydaje mi się niewystarczająca. Podobnie jak wszystkie gotowe kategorie, które potrafią bardzo szybko zamknąć dzieło w czymś, co już znamy. Bardziej interesuje mnie moment, w którym wielkie idee dotyczące ciała, płci, kobiecości czy seksualności przestają być wielkimi ideami, a zaczynają wchodzić człowiekowi do łazienki, sypialni, gabinetu lekarskiego, kuchni albo przed lustro.
     Martyna bardzo dobrze potrafi znaleźć właśnie ten moment. Bierze sytuacje, które zazwyczaj pozostają gdzieś na marginesie rozmowy, i przesuwa je na środek. Ginekolog, cytologia, menstruacja, badanie, seksualność, reprodukcja czy zwykła rozmowa o własnym ciele wydają się początkowo zbyt codzienne, żeby traktować je jako materiał do poważnego namysłu, a jednak właśnie tam okazuje się, jak wiele decyzji dotyczących naszego życia podejmowanych jest za nas albo przynajmniej w naszym imieniu. Kto może dotknąć mojego ciała, kto może je oglądać, kto może je nazwać, kto może powiedzieć, że coś z nim jest nie tak, kto może mnie uspokoić, a kto ma prawo mnie przestraszyć. „Ma pani macicę w kształcie serca” jest zdaniem niemal komicznym, a jednocześnie wystarczy je wypowiedzieć, żeby ciało, które było dotąd po prostu częścią mnie, stało się czymś do interpretacji. Nagle dowiaduję się o sobie czegoś od kogoś innego i być może nie jest to jeszcze nic złego, być może jest to zwykła medycyna i zwykła informacja, ale właśnie w tej zwyczajności pojawia się coś interesującego. Człowiek może przecież całe życie mieszkać we własnym ciele, a mimo to co jakiś czas potrzebować kogoś obcego, żeby powiedział mu, co właściwie się w nim dzieje. W tym sensie ciało nigdy nie jest całkowicie prywatne, nawet jeśli bardzo chcielibyśmy za takie je uznać.
     U Heleny interesuje mnie z kolei moment wcześniejszy, zanim ciało trafi do gabinetu, zanim zostanie zbadane, opisane i nazwane, ponieważ zostało już przecież wielokrotnie przedstawione. Maria, Ewa, Meduza, matka, bogini, święta, kochanka czy potwór nie są tylko postaciami z historii sztuki. Są sposobami, w jakie przez wieki próbowano powiedzieć, czym kobieta jest, czym powinna być albo czym staje się wtedy, kiedy przekracza wyznaczoną jej granicę. Ich ciała zostały wyposażone w symbole, funkcje i historie, a wraz z nimi w bardzo konkretne oczekiwania. Jedne miały być niewinne, inne grzeszne, jedne miały rodzić, inne uwodzić, jedne należało czcić, inne karać. Z czasem tak bardzo przyzwyczailiśmy się do tych przedstawień, że przestaliśmy zauważać ich absurdalność. A przecież Maria była kiedyś po prostu dziewczyną. Gdyby urodziła dziewczynkę, ta dziewczynka pewnie kiedyś dostałaby pierwszą miesiączkę, a Maria, uwspółcześniając, musiałaby kupić jej podpaski albo tampony i być może zaprowadzić ją do ginekologa. Być może córka nie chciałaby tam wejść, być może Maria nie wiedziałaby, co powiedzieć, być może pokłóciłyby się po drodze, a później siedziałyby razem w kuchni i jadły ciasto. Trudno wyobrazić sobie Madonnę w takiej sytuacji, bo kultura zrobiła wszystko, żeby odebrać jej ten rodzaj zwyczajności. Została podniesiona tak wysoko, że przestała być osobą i stała się figurą.
Właśnie dlatego interesuje mnie rozbrajanie wielkich kobiet, które zostały przez historię zamienione w symbole. Nie po to, żeby je ośmieszyć ani umniejszyć ich znaczenie, lecz przeciwnie, żeby przywrócić im coś, co zostało odebrane wraz z monumentalnością, czyli zwykłe, ludzkie życie. Kiedy Madonna przestaje być wyłącznie Madonną, może znowu stać się matką, która martwi się o córkę. Kiedy Ewa przestaje być wyłącznie figurą początku i grzechu, może stać się kimś, kto po prostu podjął decyzję, której konsekwencji nie znał. Kiedy Meduza przestaje być jedynie symbolem kobiecej furii, można wyobrazić sobie, że zanim stała się potworem, miała jakieś życie, relacje, potrzeby, kompleksy i prawdopodobnie również dni, w których po prostu chciała wrócić do domu. To oczywiście fantazjowanie, ale wydaje mi się, że właśnie taka fantazja jest potrzebna, żeby zobaczyć, jak bardzo przyzwyczailiśmy się do tego, że pewne ciała i pewne kobiety mają reprezentować coś większego od siebie. Może sprawczość zaczyna się również wtedy, kiedy przestajemy być czyimś symbolem i odzyskujemy prawo do tego, żeby być kimś znacznie mniej spektakularnym. Człowiekiem, który może mieć zły humor, nie wiedzieć, czego chce, popełnić błąd, być niekonsekwentny, mieć ochotę zostać sam albo zrobić coś kompletnie nierozsądnego. Zresztą nie dotyczy to wyłącznie kobiet. Sam mam czasem poczucie, że jako gej żyję w bardzo dziwnym momencie historii. Z jednej strony wolno mi więcej niż ludziom żyjącym kilkadziesiąt lat temu, z drugiej niemal natychmiast pojawiają się nowe sposoby sprawdzania, czy dobrze korzystam z tej wolności. Czy jestem wystarczająco atrakcyjny, czy mam odpowiednie ciało, czy jestem wystarczająco otwarty, ale nie za bardzo, czy potrafię kochać w zdrowy sposób, czy jestem w związku, czy jestem singlem z wyboru, czy mam dobre życie i czy przypadkiem nie zmarnowałem swojej szansy na szczęście. Czasami mam wrażenie, że miłość dostała swój wzór użytkowy i że można być ocenianym za to, jak się kocha.
Być może właśnie dlatego sprawczość interesuje mnie nie jako wyzwolenie, lecz jako odzyskiwanie prawa do własnej niedoskonałości. Do tego, żeby nie być cały czas najlepszą wersją siebie, żeby relacja nie musiała wyglądać jak dobrze zaprojektowany projekt, żeby ciało nie musiało być idealne, seks nie musiał być idealny, a życie nie musiało sprawiać wrażenia, że wszystko zostało w nim właściwie poukładane. Równie ważna może być przecież możliwość przyznania, że czegoś nie wiem, że czegoś nie chcę albo że po prostu dzisiaj nie mam siły. W tym miejscu ciało wraca do człowieka. Przestaje być projektem, który należy nieustannie poprawiać albo przedmiotem czyjegoś pożądania. Staje się miejscem, w którym się żyje, z całym bałaganem, przyjemnością, bólem, wstydem, zmęczeniem i przyzwyczajeniami, które składają się na codzienność.
     Dlatego chciałbym, żeby NIE TAKIE CIAŁO nie było wystawą, która próbuje kogokolwiek oburzyć. Oburzenie jest stosunkowo łatwe i często niewiele po nim zostaje. Znacznie ciekawsze wydaje mi się uświadomienie sobie czegoś dopiero po czasie, kiedy wychodząc z wystawy, zaczynamy inaczej patrzeć na sytuacje, które następnego dnia wydarzą się w naszym zwykłym życiu. Na wizytę u lekarza, rozmowę z matką, własne ciało przed lustrem, czyjąś rękę położoną na naszym ramieniu, osobę, którą kochamy, kobietę, która nie chce mieć dzieci, mężczyznę, który nie wygląda tak, jak powinien wyglądać mężczyzna, albo na siebie samego, kiedy po raz kolejny okazuje się, że nie jesteśmy tym, kim mieliśmy być. Wydaje mi się, że właśnie tutaj sztuka może być naprawdę potrzebna. Nie musi zawsze proponować rozwiązania ani budować kolejnego modelu właściwego życia. Czasem wystarczy, że przesunie rzecz, na którą patrzymy codziennie, o kilka centymetrów i pozwoli zobaczyć ją jeszcze raz. Stiasny przesuwa wielkie figury, które wydawały się już dawno wyjaśnione, a Baranowicz przesuwa zwyczajne sytuacje, które wydawały się zbyt małe, żeby o nich mówić. Pomiędzy nimi pojawia się ciało, które nie jest ani pomnikiem, ani problemem do rozwiązania, tylko czymś, co każdego dnia próbuje jakoś urządzić sobie życie.
     Może więc nie takie nie musi oznaczać gorsze, niewłaściwe ani wymagające poprawy. Może oznaczać po prostu własne. I być może właśnie to jest najmniejszą, a zarazem najbardziej radykalną formą sprawczości: powiedzieć, że nie chcę być takim ciałem, jakiego ode mnie oczekujesz, i jednocześnie nie musieć od razu wiedzieć, jakim ciałem chcę być.

You may also like

Back to Top